16.01.2013

Rozdział 10

Zastanawiam się nad zawieszeniem tej historii. Naprawdę kocham to opowiadanie i przykro mi, że tak niewiele komentarzy się pojawia...


~~ * ~~


Mrok delikatnie spowijał swą poświatą znajome kąty. Deszcz powoli cichł pozostawiając po sobie lśniące kałuże, które ginęły pod kołami rozpędzonych samochodów. W salonie ktoś oglądał telewizję i wybuchał raz po raz śmiechem. Tylko on, zamknięty w swoim własnym świecie, tkwił tutaj.

Zawieszony między tym, czego chciał a tym, co mógł mieć.

Kochał swoje życie i nienawidził go jednocześnie. Chciał uciec, ale nie wiedział dokąd i po co. Co miałby ze sobą zrobić? Gdzie się schować?

Jak przestać być TYM Tomem a na powrót stać się małym, roześmianym chłopcem?

Nie wiedział tego, choć uparcie próbował poznać odpowiedź. Co wieczór do jego nozdrzy trafiał zapach świeżego mleka z dodatkiem kakao. Przeglądał stare albumy, które już pierwszego dnia po powrocie z trasy przyniósł do swojego pokoju. Delikatnie muskał wspomnienia sącząc je przez przymknięte usta. I tylko czasem czuł, że brakuje mu już sił.

Ciszę, która od dłuższego czasu go otaczała przerwało kilka delikatnych dźwięków, wydanych przez trzymaną w dłoniach gitarę. Kochał grać. Kochał czuć metal strun pod palcami. Mieć nad nimi władzę. Wciąż nadawać nowy dźwięk rzeczywistości. Pisać ścieżkę dźwiękową swojego życia.


Tylko dlaczego przeważały w nim smutne ballady?


Jego palce zwinnie gładziły gryf przesmykując się z wyuczoną perfekcją po progach i strunach. Ciągła pogoń za idealnością. Za tym właściwym dźwiękiem, rytmem, tempem, akordem. Ciągła pogoń za czymś, czego uchwycić nie był w stanie.

Czy miał prawo o wszystko obwiniać właśnie Ją?

Z rozmyśleń wyrwało go ciche pukanie do drzwi. Po chwili zarysowała się w nich sylwetka Billa. Trzymał w ręku dwa kubki. Won niemal natychmiast trafiła do nozdrzy Toma. Skinieniem ręki zaprosił brata do środka.


Jak za dawnych lat. Ciemność, cisza i kubki kakao. Tym razem tylko dwa.

Długo milczeli nie wiedząc, co powinni powiedzieć. Podświadomie wiedzieli, że dręczyło ich to samo uczucie związane z jedną osobą. Byli jednak zbyt dumni i uparci, by się do tego przyznać. Dopiero teraz, skryci za murami ich twierdzy, w spokojnym, cichym pokoju starszego bliźniaka nabrali odwagi, by zrzucić z twarzy maski i pokazać wszystkie swoje lęki.

- Tęsknisz za nią, prawda?
- A ty nie?
- Nie tak bardzo, jak ty. Zawsze byliście bliżej. Mieliście swoje sekrety, do których ja nie miałem dostępu.

Cichy śmiech na chwilę zawirował pośród mroku.

- A mi się wydawało, że to Ty jesteś tym lepszym bliźniakiem, któremu zdradzała swoje sekrety.
- Może oboje się myliliśmy?
- Może nadal się mylimy?


Nienawidziła tego życia. Nienawidziła wszystkich rzeczy, które ją otaczały. Ludzi, których codziennie widywała na ulicy, w szkole, supermarkecie. Nienawidziła okłamywania, sztucznych uśmiechów, pośpiechu i braku wrażliwości. Nienawidziła wszystkiego, co kojarzyło jej się z tym miejscem, bo automatycznie stało się synonimem jej rozłąki z życiem, które naprawdę było spełnieniem marzeń.


Dlaczego mi to zrobiłaś mamo?

Kolejna kłótnia z mamą tylko zaogniła jej niechęć do tego miejsca. Dlaczego nagle zaczęła się interesować jej życiem, planami i pomysłami na przyszłość? Dlaczego akurat teraz, gdy tak niewiele dzieliło ją od powrotu do Niemiec? Raptem dwa głupie miesiące, a ona musiała wszystko zniszczyć.

Jej złość nie miała końca, ale obiecała sobie, że się nie podda. Zaraz po zdaniu matur wsiądzie w pociąg i wróci do domu, czy jej mamie się to podoba czy nie. Nie ma prawda decydować o jej życiu. Od osiemnastych urodzin dzieliło ją kilka miesięcy. Chciała wkroczyć w dorosłość w miejscu, które zawsze sprawiało, że robiło jej się cieplej na sercu. Wiedziała, że to nie będzie proste, ale miała już wszystko zaplanowane. Stała się perfekcjonistką w każdym calu.

List, w którym tłumaczyła wszystko mamie spoczywał na dnie szuflady w nocnej szafce. Część rzeczy już za tydzień wyśle do wuja, u którego będzie mieszkać przez jakiś czas.


Bo choć jej serce należało do Niemiec, to nie miała już tam domu.

Dlatego Taylor nie odzywała się do matki. Unikała spotkań z nią. Kilka dni temu David przekazał jej smutną wiadomość. Dom, który tak wiele dla niej znaczył został sprzedany kilka tygodni temu. Nic nie dało się już zrobić. Mimo wielu próśb rodzina nie chciała zrezygnować z nowo nabytego miejsca zamieszkania. Blondynka musiała przyjąć do wiadomości gorzką porażkę i pogodzić się z tym. Na szczęście miała jeszcze wuja, który zrobiłby wszystko, byle tylko była szczęśliwa.

Nadzieja umiera ostatnia. Na samym końcu. Samotna.

Cieszyła się, naprawdę się cieszyła, że tak niewiele zostało do jej wyjazdu. Nie wytrzymałaby tu ani dnia dłużej. I wierzyła, że jej matka to zrozumie i pozwoli jej być wreszcie szczęśliwą. Przecież to ona uciekała przed przeszłością. Taylor za wszelką cenę chciała tą przeszłość zatrzymać. Zamknęła ją w małej, delikatnie zdobionej szkatułce, do której zaglądała, gdy było jej smutno. Uchylała wieczka, by jeszcze raz przypomnieć sobie, dlaczego znosiła to wszystko. Dlaczego nie poddawała się i dalej uparcie robiła wszystko, by uciec stąd.

Dla nich, bo obiecała. Bo duszą i sercem nigdy ich nie opuściła.

- Jesteś pewna, że wiesz, co robisz?
- Mam nadzieję, że tak.
- Obyś nie żałowała.
- Nie będę.

Znowu niezręczna cisza. Taylor uparcie przyglądała się swoim butom nie chcąc spojrzeć w oczy koleżance. Wiedziała, że ją zraniła, ale musiała to zrobić.

- Chyba powinnyśmy się pożegnać.
- Chyba masz racje.
- Bądź szczęśliwa.
- Będę.

Ostatni uścisk, łza otarta ukradkiem. Ostatnie spojrzenie rzucone na ponury dworzec główny. Z całą pewnością nie będzie tęsknić za tym miejscem.


Delikatny uśmiech zagościł na jej twarzy, gdy rozsiadła się w wolnym przedziale.

„Wracam do domu”

„Będę na Ciebie czekać”


Kilka godzin spędzonych na niezbyt wygodnym siedzeniu dzieliło ją od upragnionego widoku zmęczonych oczu. Wreszcie będzie mogła odetchnąć powietrzem przesyconym wspomnieniami, magią.

Nie wiedziała tylko, jak rozegrać sprawę z bliźniakami. Kiedy się z nimi spotkać, jak powiedzieć im, że wróciła wcześniej. Bała się. Za każdym razem, gdy o tym myślała przez oczami pojawiał się koszmar sprzed kilku miesięcy. Te oczy z obcymi błyskami i słowa, które nawet teraz błąkały się po jej umyśle.

Czy jest możliwe zmartwychwstanie w oczach najbliższych? Skoro umrzeć jest tak łatwo, to powrócić musi być cholernie trudno. Poradzi z tym sobie?


Przecież wiesz – tam dom twój gdzie serce twoje. A moje zawsze było przy was.

- Już myślałem, że nie dotrzesz – powiedział David ściskając mocno siostrzenicę. Tak się martwił, że coś pójdzie nie tak. Wszystko bardzo się skomplikowało przez ostatnie miesiące, ale to nie miało znaczenia. Teraz była tutaj. Na dworcu w Berlinie ze swoim niewielkim bagażem i szerokim uśmiechem.
- Na szczęście nie było większych problemów. Mama pewnie nie wróciła jeszcze do domu. Możesz spodziewać się jej nalotu w najbliższym czasie.

Cichy śmiech poniósł się po opustoszałym już peronie. Powoli ruszyli w stronę parkingu, na którym czekało zaparkowane czarne audi Davida. Wsiedli i przez chwilę panowała cisza. Nie krępująca, jak wtedy, gdy blondynka żegnała się z Anią. Zupełnie inna, która oczyszczała atmosferę. Wyciszała.


Znajome uliczki, budynki, sklepy.

- Brakowało Ci tego, prawda?
- Nawet nie wiesz, jak bardzo.

Dojechali na miejsce. Odnowione osiedle ze strzeżonym parkingiem i latarniami nadającymi dziwnego blasku temu miejscu. Wzięła swoją torbę i ruszyła wolnym krokiem za wujkiem. Ku nowej starej przyszłości.


Była w domu.